Link :: 02.10.2005 :: 12:58
[68]
..nie mam pomysłu na jutro.
nie umiem ufać ludziom..
Chyba popadam w depresję.. :(
Komentuj (6)
Link :: 06.10.2005 :: 20:55
[69]
Chyba trzeba było dotknać dna, by się od niego odbić. Poczułam, że jest tak źle, że już lepiej być nie może. Źle ze mną samą. Z moją psychiką. Było mi ciężko. Nic się nie chciało, nawet wstawać z łóżka. Wszystko wydawało się bez sensu. Brakowało wiary w jutro.
Odbiłam się od dna i poleciałam w górę. Nie szybuję jeszcze, nie bujam beztrosko w obłokach. Ale jest o wiele lepiej. Głównie dzięki studiom, na które czekałam z wielką nadzieją. Miały być mym wybawieniem. I okazały się nim być. Ciągle poznaję nowych ludzi, głównie z grupy. Wszyscy są bardzo w porządku. Mam nadzieję, że chociaż w małej części pozostaną tacy 'do końca'. Bo wiem przecież, że na początku każdy taki jest. Ale jestem dobrej myśli. Póki co rozmawiam z kim tylko się da, poznaję, obserwuję. Chłonę każdą chwilę, której nie spędzam w samotności, a tych jest teraz bardzo mało. Nie byliśmy jeszcze na żadnym integracyjnym piwie, ale planujemy je w przyszłym tygodniu. Trzeba się zintegrować. Będzie fajnie. :) Facetów mam tylko 4, ale każdy interesujący. Zarówno wizualnie, jak i psychicznie. Większość dziewczyn też wydaje się być takich, z którymi można poimprezować, ale też razem nudzić się na wykładach z psychologii. Wyhaczyłam już nawet jedną z wrednym poczuciem humoru! Zupełnie takim, jak moje. Dogadamy się. :)) Jestem nastawiona niezwykle pozytywnie.
I już nie myślę o tym, że wszystko jest bez sensu. Chociaż przeraża mnie ten nawał nauki, jaki mnie czeka [kto mówił, że na wnsis jest łatwo?!?!?!], zadane już referaty, książki, które czekają na przeczytanie, tematy do przygotowania i wykucia na ćwiczenia i siedzenie na uczelni od 8 rano do 20.15, to jest dobrze. Tak po prostu. Wracam z uczelni zmęczona, ale szczęśliwa. Bo wszystko mnie boli, na nic nie mam siły, a to jest niezaprzeczalnym dowodem na to, że żyję. I nikt mi tego nie odbierze.
Komentuj (9)
Link :: 17.10.2005 :: 22:46
[70]
W końcu mam to, na co czekałam z takim utęsknieniem. Totalny brak czasu. Życie w biegu. Tego potrzebowałam. Łapię oddech między kolejnymi wykładami, śpię w autobusach, dotleniam się w drodze z uczelni do pracy. Bo, proszę Państwa, dostałam pracę. Po wysłaniu kilkunastu cv, dwóch rozmowach kwalifikacyjnych, gdy po tej trudniejszej straciłam nadzieję, nagle telefon zadzwonił. Dostałam pracę w Reporterze w nowym Centrum Handlowym w Olsztynie, którego otwarcie jest w środę. Póki co, dźwigamy i wyładowujemy setki worów, segregujemy ciuchy, metkujemy, klipsujemy, wieszamy, składamy na deseczkach, układamy je na gondolach. Pracuję po 12 godzin dziennie, choć teoretycznie zatrudniono mnie na pół etatu [20 h tygodniowo], ale terminy gonią, trzeba to zrobić. I, może to dziwne, ale nie wiem nawet, ile mi za tę harówkę zapłacą. Nie jest to takie ważne. Pracuję, bo chcę. Spędzam godziny na [niby] monotonnych czynnościach, wracam w środku nocy do domu, by po wielu godzinach głodu zjeść obiad z mikrofalówki, nie mam nawet czasu, by kupić tampony i.. Jest mi z tym dobrze. Bo tego chciałam i to dostałam. Kropka.
A grupę mam świetną. :) Zakumplowałam się z chłopakiem, z którym na nudnych wykładach gramy w piłkę nożną na kartce. Nie wiedziałam, że tak się da. :))
Jest bosko! I to nic, że nadal jestem niczyja. Jestem swoja. Totalnie swoja własna, osobista. Starczy!
Komentuj (17)
Link :: 27.10.2005 :: 22:15
[71]
Ciągle tylko praca i praca. Nie mam czasu nawet ogolić nóg, nabalsamować mojego ciała, czy dłużej posiedzieć w wannie. O zakupach, czy wyjściu na piwo nie wspominam. A całonocna impreza pozostaje jedynie w sferze marzeń. Pracuję. Dużo. W 2 tygodnie wyrobię około 2 razy mojego miesięcznego trybu pracy. Więc, jak nietrudno się domyślić, zapierdzielam jak głupia. Na szczęście, na uczelni luzy totalne. Zero nauki. A jak trzeba opracować coś na ćwiczenia [miało to miejsce raz w czasie, gdy pracuję], robi to moja mama, a ja potem czytam i dostaję plusty za aktywność. Referat też mi napisała. Dobrze z nią mam!
Na ogromne szczęście od listopada zaczynamy pracować normalnie. Czyli 20 godzin tygodniowo, moje pół etatu, a nie 90 tygodniowo, jak było do tej pory. Bo długo bym tak nie pociągnęła chyba. A znajomi już ustawiają się w kolejce, by się spotkać, wypić piwo, iśc na zakupy, czy do kina. Tęsknią za mną, gdy mnie nie ma. Ja za nimi też. Czyli.. Nie jest ze mną chyba aż tak źle. I totalnie niczyja nie jestem. Ale i tak zaczęło mi już brakować faceta. Tego mojego jedynego, własnego. Zaczęło mi go brakować. Otworzyłam się. I.. Coraz bardziej zaczyna podobać mi się kumpel z grupy. Chcę z nim przebywać, rozmawiać, żartować, śmiać się, grać w statki, pić piwo, imprezować, droczyć się. Wszystko chcę. Ma taki wredny charakter. Bosko wredny. I wydaje mi się niedostępny, dlatego moja ochota na niego wzrasta. Ale bronię się z całych sił.. Dopiero niedawno to sobie uświadomiłam i od tej pory opieram się. Jak tylko umiem. Mam nadzieję, że mi się uda, bo na co mi to??
Komentuj (7)