w krzywym zwierciadle.
księga. || design by bezczelna;* and me.

2oo5 1 || 2 || 3 || 4 || 5 || 6 || 7 || 8 || 9 || 10 || 11 || 12 || 2006 1 || 2 || 3 || 4 || 5 || 6 || 7 || 8 || 9 || 10 || 11 || 12 || 2oo7 1 || 2 || 3 || 4 || 5 || 6 || 7 || 8 || 9 || 10 || 11

!Olcia ;* !bezczelna ;* joe-black ;* Jadzix ;* milos ;* talla kochanica ostro-porypana nikea Efcia angie85 loui Natalia fenixx girl-in-blue Cryska nieufna dis turquoise || thx.
Link :: 27.09.2007 :: 15:06
[107]

Wakacje 2007 zapamiętam do końca życia. Przeżyłam niesamowitą przygodę. Zaryzykowałam dużo. Pojechałam na drugi koniec Europy zupełnie w ciemno. Nie było pracy, nie było nikogo, na kogo można było tam liczyć. Mieszkanie było wielką niewiadomą, bo załatwione 'na słowo' osoby, której nigdy nie widziałam na oczy, o której nie wiedziałam zupełnie nic, a którą znałam jedynie z internetu. Mogło się okazać, że po opuszczeniu autokaru w Manchesterze nie mam gdzie iść, spać muszę na dworcu. Mogło się okazać, że owszem, ktoś nas odbierze, ale zamiast do domu w Oldham wywiezie nas do burdelu, czy gdziekolwiek indziej. Dużo ryzykowałam, naprawdę dużo. Pojechałyśmy tam we 3, zupełnie same. Zdane na siebie, na szczęście, uśmiech losu.


Udało się. Odebrano nas z dworca, zawieziono samochodem do domu na Martha Street, a nie do 'obozu pracy' o jakich głośno było kilka miesięcy temu. Wylądowałyśmy w pustym domu, ze spleśniałym żarciem w śmietniku, zapuszczoną lodówką, odchodzącą tapetą ze ścian, przeciekającym sufitem. Biegającymi stadami myszy, które zupełnie nic sobie nie robiły z tego, że chcemy spać - one miały ochotę po nas biegać. Nie zważały też na to, iż miło by było zjeść śniadanie i zabrać na 9 godziny pracy kanapki - one miały ochotę zeżreć nasz chleb.
Wylądowałyśmy w samym środku dzielnicy Pakistańczyków, potocznie zwanych tam 'Pakolami'. Oni uwielbiali pytać nas [po polsku] 'czy się pokochamy' lub 'are u virgins'? Były momenty, że bałyśmy się wyjść z domu. Były momenty, gdy bałyśmy się siedzieć w domu, bo rzucali nam w okna cegłami.


Były momenty, że nie mogłyśmy wytrzymać z naszymi okropnymi współlokatorkami: wścibską kuzynką naszego agenta z agencji pracy lub zakochaną w sobie idiotką traktującą wszystkich jak śmieci. Były momenty, że zakłopotane udawałyśmy, że nic nie widziałyśmy, gdy wracając z imprezy i wchodząc do salonu trafiałyśmy na naszą współlokatorkę robiącą loda chłopakowi poznanemu na imprezie.


Były momenty, gdy zupełnie nie wiedziałam, co robić, gdy agent proponował mi seks, wydzwaniał całymi dniami i nocami i nachalnie zapraszał do siebie lub mówił, że zaraz wyśle po mnie taksówkę i idziemy na imprezę, a potem do niego. Albo gdy po 3 dniach znajomości bez skrępowania stwierdził: 'znam miejsce, gdzie możemy iść, a ty pokażesz mi do czego służy twój kolczyk w języku'. Były momenty, gdy załamywałam ręce, bo M. wydzierała się na mnie, że to moja wina, że on tak nie daje nam spokoju.


Było ciężko. Ciężko było podnosić się z łóżka codziennie po 5 rano. Jechać 1,5 h 3 autobusami do pracy. Wystać w okropnych, ciężkich safety shoes, dźwigać kartony i skrzynki, które ważyły więcej, niż moja walizka. Ciężko było wytrzymać w nocy drętwienie rąk, skurcze w łydkach, bóle krzyża.



Ale to wszystko jest nieważne. Bo choć kilka razy się łamałam, to nie myślałam o powrocie do domu. Dałam sobie radę. Sama ze sobą. Znalazłam w sobie siłę, by wytrzymać 2,5 miesiąca w zupełnie innym świecie. Oderwana od przyjaciół, od mojej M., nawet od głupich informacji, co się dzieje w Polsce. Byłam tam z osobami, które niby znałam, ale nigdy nie mówiłam o nich, że są mi bliskie. Trudno nam było momentami ze sobą wytrzymać, strasznie się kłóciłyśmy, ale to nieważne, nieważne, bo..



Mieszkałyśmy w ładnym miasteczku, gdzie było wszystko, co potrzebne do życia. Ogromne centrum handlowe, Primark, świetne imprezy [chcę znowu do Livingstones!!], piękny park. Wszędzie było blisko - do Manchesteru 30 minut autobusem, do wszystkich przemysłowych miasteczek, gdzie pracy był ogrom można było dojechać w kilkanaście minut. I my też jeździłyśmy. A


Avanti Blue LTD Heywood. Fabryka worków plastikowych i pakowalnia drobnych przedmiotów gospodarstwa domowego [gąbki, zmywaki, szczotki do zamiatania]. Pracę dostałam po 3 dniach od zarejestrowania się w agencji pracy. I jeśli ktokolwiek powie mi, że w Anglii pracy nie ma, że ciężko ją dostać, to nie wiem, jakim pechowcem musi być, by nic nie znaleźć. Może w okolicach Londynu jest rzeczywiście ciężko, ale nie tam, gdzie ja byłam. Były momenty, gdy B. z innej agencji pracy skarżył się, że od dzisiaj potrzebuje 30 osób do pracy, a ich nie ma.


Mi się udało. Trafiłam na świetnych ludzi w pracy. Na 37letnią I., która traktowałam jak starszą siostrę, z którą mogłam pogadać o studiach, o facetach, o seksie, o ciuchach, o podróżach, o pieniądzach, o jej rodzinie. O wszystkim. Która w ciężkiej chwili przyniosła mi paczkę polskich fajek i nie chciała za to ani funta.
Trafiłam na prześmiesznego Marco, Tima, którzy potrafili biegać między maszynami i rzucać w siebie workami wypełnionymi wodą. Którzy śpiewali na cały głos i tańczyli lub uczyli się dla nas Polskiego. Na Mike'a, który przechodząc obok mnie zawsze się szeroko uśmiechał i rzucał jakiś żart, choć nie zawsze go rozumiałam/słyszałam w hałasie pracujących maszyn. Na Warren'a, który nie mógł przy nas wykrztusić nawet słowa, tak się wstydził. No i na przefantastycznego Terrego, w którym się [prawie] zakochałam. Najbardziej męski ze wszystkich facetów świata. A przy tym przesympatyczny, przezabawny, przepomocny. I z przepięknym uśmiechem.
Chciałabym tam wrócić za rok. Do tej fabryki, do tych ludzi, nawet do tej pracy, choć była niesamowicie nudna.



Po kilku tygodniach potworne współlokatorki zamieniłyśmy w dwóch facetów, z którymi spędziłyśmy 5 tygodni. Z po-pracowym piciem 6paków Carlsberga lub Foster'sa, okropnej whisky, Martini Bianco [1,5 litra za 7,38 f - tylko w Tesco!], wódki Vladivar, po której na drugi dzień trzeba była brać wolne w pracy, bo nie dało się iść do pracy. Były wspólne wycieczki do Manchesteru, wspólne zakupy, wspólne wyprawy na fantastyczny i prawdziwy kebab od Pakola lub mniej fantastyczną, aczkolwiek prawdziwą fish & chips.


Potem okropna Martha Street zamieniła się w niemal ekskluzywne Cheviot Avenue. Gdzie w 3 minuty drogi z piwem w ręku, znajdywaliśmy się w parku, z którego widać było cały Greater Manchester. I milion gwiazd na niebie. Tylko stamtąd było je widać.


A potem zostałyśmy we dwie, bo chłopaki wrócili do Polski. I Cheviot Avenue na ostatni tydzień zamieniło się w przytłaczające, wielkie, zimne i niemiłe Broadway Street, gdzie każdy żył swoim życiem, siedział zamknięty w pokoju i używał swojego własnego, osobistego papieru toaletowego, który zawsze nosił przy sobie. Ale i tam znalazł się ktoś, kto robił mi po pracy ciepłą herbatę, częstował donutsami, woził samochodem po zakupy, zaprowadził nas do pięknego parku na spacer i zawiózł nas i nasze walizki do Manchesteru o 3 w nocy, a potem wycałował i wyprzytulał na pożegnanie. Przy czym zagroził, że jak za rok nie przyjedziemy, to on nas znajdzie. Szkoda, że poznałyśmy go tak późno.




I jadę tam za rok. Na wakacje na pewno, a może na rok, czy dłużej. Bo tęsknię niesamowicie. Za tym stylem życia. Za życiem na własną rękę, za zarabianiem na swoje wydatki. Bardzo chciałabym zabrać moją M. i jechać tam znowu. Trafić do tej samej fabryki, spotkać I., spotkać J. I znowu poczuć ten smak. Samodzielności, odpowiedzialności, odrobiny ryzyka. Poczucia własnej wartości, że będąc zdana tylko na siebie potrafię sobie doskonale poradzić.
Komentuj (10)